niedziela, 17 grudnia 2017

Gaudete

W tym roku trzecia niedziela Adwentu, niedziela radości (ta radość wynika z liturgii, z antyfon i czytań przewidzianych na ten dzień - a cieszymy się tym, że Bóg zechciał być blisko człowieka) zbiega się z początkiem drugiej części Adwentu, kiedy to już szykujemy się na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia. Bardzo lubię te dni, a jeżeli uda mi sie dotrzeć na roraty, dodatkowo cieszę się tzw. wielkimi antyfonami (TU można o nich więcej poczytać).
Dla nas w tym roku jest to dzień odwiedzin u mojej Mamy, więc taka chwila wyrwania z obowiązków. Radosna.

A zawieszka, którą chcę pokazać pasuje wyśmienicie do tej okazji :). Jest radosna i ma sporo koloru różowego - a różowy to "fiolet rozjaśniony Światłem", dlatego jest używany w tym dniu w liturgii.


Kiedyś robiłam takich więcej, muszę chyba wrócić do tego typu przeplatanek, bo wdzięczne są...

Dobrej niedzieli "Gaudete" :)



piątek, 15 grudnia 2017

W fioletach :)

Taka zawieszka doczekała się pokazania.
W sam raz  do zaprezentowania w Adwencie, bo w odpowiednim kolorycie, choć powstawała we wrześniu :).
Tradycyjnie nie wszystkie nuianse kolorystyczne są widoczne na zdjęciu .
Ale wygląda dość nobliwie - i zupełnie nie pamiętamdo kogo powędrowała, choć tak niedawno w sumie ją robiłam :). Taka spokojna, kojąca nawet.
.

I niesmiało przypominam o możliwości dołączenia do "podaj dalej"...

czwartek, 14 grudnia 2017

Muszelki Jej Królewskiej Mości

Taki wpis do oglądania raczej...
Owoc opisywanej wyprawy z Wyspy na wyspę.
Podobno zdarza się celnikom na Wyspach zabierać turystom uzbierane muszelki jako dobro należące do Królowej. (A ja tak lubię zbierać muszelki!).
Nie ryzykowałam więc. Zrobiłam zdjęcia ;)

Zastanawiam się czy takie nadmorskie zdjęcia przy tej pogodzie nie są okrucieństwem... Ale może trochę ogrzeją? Wirtualnie?

Najpierw schodki prowadzące do muszelkowego raju...

 
Nieco dalej na betonie i piasku leżały malutkie, czarne i okrągłe  muszelki. Byłam święcie przekonana, że to kamyczki, dopiero jak się schyliłam zobaczyłam swoją pomyłkę... Jakieś morskie ślimaki w nich żyją...

 

A to kawałek plaży podczas odpływu. kamyczki, muszelki, kawalki muszelek, drewienka...

I nieco bliżej


A teraz już same smaczki. Muszla ostrygi. (Ponoć  kiedyś hodowano tu ostrygi, teraz już nie).


Sercówki. Bałtyckie są małe, bo za mało słona woda...


 Pąkle zawsze robią taka piękną koronke na kamykach lub muszelkach...


Inna ostryga... (muszla znaczy)


A to nie muszelka a kamyczek. Też śliczny :) Wygładzony przez wodę. Na zdjęciu może udawac bursztyn, ale to na pewno nie bursztyn :)


Takie stożkowe muszelki zawsze kojarzą mi się z Morzem Północnym. Nie znalazłam nazwy... A te czarne (omułki) to jak w Bałtyku...


 Te parki sercówek zawsze mnie zachwycają.


Niby taka sama parka a inna. Wodorosty czepiajace się kamyków już kiedyś pokazywałam. Te są nieco inne...



I wisienka na torcie. Szalenie mi się ta muszelka z fryzurką podoba :)


Miłego dnia życzę. Czy u Was też tak strasznie wieje?


wtorek, 12 grudnia 2017

Na wyspę marsz :)

Z wyspą Cramond zapoznaliśmy się najpierw z daleka.
Było tuż po szczytowym momencie przypływu. Wiało.


Chwilami fale przelewały się przez wysunięty w morze falochron (wysoką część grobli?) zakończony tablicą z informacjami o godzinach przypływów i odpływów oraz ostrzeżeniem przed lekceważeniem tychże. Morze w tym miejscu osiąga głebokość 5 m, a przypływ następuje szybko...


Falochron kończy się po kilkuset metrach, dalej aż do samej wyspy wystają z wody betonowe pylony. Wzniesiono je podczas II wojny światowej jako element dopełniający fortyfikacje Firth of Forth (sieci i blokady przeciwko torpedom i łodziom podwodnym) - te słupy miały uniemożliwiać przepływanie statków.

Z brzegu wyspa wygląda jak połączony z wybrzeżem balonik... (Jeszcze lepiej widać to na zdjęciach z powietrza, które można znaleźć w sieci albo na mapach. Balonik przypominający głowę postaci z jakiegoś staroświeckiego podręcznika do nauki angielskiego albo komiksu...)


Tę fotografię zrobiłam z brzegu, tam gdzie uchodzi do morza rzeka Almond. To bardzo ciekawe miejsce, zamieszkane przez ludzi już 8500 lat przed Chrystusem - to najstarsza w Szkocji osada ludzka. Był tu też wyposażony w port obóz rzymski (mówią  tu "fort") wzniesiony pierwotnie w 142 r. i opuszczony po kilkunastu latach. Rzymianie wykorzystali go ponownie za czasów Septimusa Severa (208-211).



Dziś można oglądać zarysy budynków wytyczone w trawie białymi kamieniami. Na tym terenie w średniowieczu postawiono kościół, stojący do dziś (przebudowywany oczywiście, ale zachowały się średniowieczne fragmenty).

Kiedy dotarliśmy w to samo miejsce następnego dnia rano widok był zupełnie inny. Morze cofnęło się, spod wody wyłoniła się prowadząca na wyspę grobla i dopiero teraz było widać jak wielkie są te betonowe pylony!

 



 Wiało dość mocno, przydal sie szczelny kaptur i rękawiczki. Po drodze (ok. 1,6 km) podziwialismy różne ciekawe ptaszyska. Gołymi oczyma i przez lornetkę. Niestety nie udało mi się sfotografować ostrygojadów.


 Wyspa jest pusta, jeśli nie liczyć pozostałości wojennych umocnień, fortyfikacji i koszar (I i II światowa) oraz ukrytych gdzieś w lasku ruin farmy, która tu sie niegdyś znajdowała. Ponoć znaleziono na wyspe też jeden grób z megalitu...

Mniej więcej na środku wyspy jest gór(k)a, z której rozciąga się piękny widok na wybrzeże...
 

... i na drugą stronę tej ogromnej zatoki. Widać inną wyspe, Inchmickery, z betonowymi pozostałościami po wojnie, które wyglądają z tej odległości (przez lornetkę) jak jakiś zamek. To chyba do tej wyspy była przeciągnięta podczas wojny  sieć mająca uniemozliwiać przepływanie łodziom podwodnym... Ponoć można zobaczyć do czego była przyczepiana (ale na tę część plaży nie schodziliśmy).

 

 A na zachodzie widać słynne mosty prowadzace na północ...


One są szalenie malownicze, szczególnie w słońcu...


Niestety nie miałam apartatu, a tylko telefon i nie udało się sfotografowac zameczku, który dostrzegliśmy stojący niemal na plaży....

 Taki widok z plaży odsłoniętej przez odpływ.


 Trzeba było  iść z powrotem. Spojrzenie w tył (i krzyki mew) - czy tu jeszcze wrócimy kiedyś?

 
 
I na koniec niemal suchy falochron...  Tu, gdzie poprzedniego dnia  woda wlała mi się do buta. :)


I ciekawostka: nazwę wyspie i wiosce Cramond nadali Celtowie (Votadini) władający językiem kumbryjskim (z grupy języków brytańskich): jest to zniekształcone Caer Amon, co oznacza "fort nad rzeką". W stosunku do tych 10 tys. z góra lat pomieszkiwania na tym terenie ludzi nazwa jest więc młodzieńka ;)

Dzis u mnie wieje prawie tak samo jak wtedy - dobry dzień na wspomnienia sobie wybrałam ;)

niedziela, 10 grudnia 2017

Niespodzianka do potęgi

Czwartek był trudnym dniem. Misternie ułożony plan przemieszczania się w celu załatwienia różnych spraw runął, gdy wysiadając z samochodu przy cmentarzu skonstatowałam, że nie mam rękawiczek. Na szczęście świeciło słońce i nie było bardzo zimno, więc zaplanowane prace udało mi się wykonać nie marznąc, ale potem musiałam wrócić tam, gdzie - jak wydedukowałam - rękawiczki zostały. (Faktycznie zostały. Swoją drogą, tego dnia zgubiłam i znalazłam te same rękawiczki jeszcze jeden raz... Ja tak umiem...). Kiedy wreszcie wrócilam do domu, wydawało mi się, że już na nic nie mam siły.

A tu w przedpokoju stoi karton.

Córka mówi: "To paczka dla Mamy".  Chwila konsternacji. Zamawiałam paczkę, owszem, ale miała być wysłana po 15 grudnia. Hmm. Rzut oka na nalepkę adresową i olśnienie. Jakiś czas temu zgłosiłąm się do zabawy "podaj dalej" u Małgorzaty, która wyczarowuje śliczności z koralików, dekupażu, tajemniczej masy i paru innych rzeczy.

No i paczka przyszła niemal w same "mikołajki"

Nie wyobrażacie sobie ile radosci sprawiło mi, a właściwie nam, bo Najstarsza Kamzikówna mi cierpliwie towarzyszyła, rozpakowywanie!


Wszystko było bardzo przemyślnie i pracowicie pozawijane, jedne rzeczy "wychodziły" z drugich - coś nieprawdopodobnego.

Najpierw rzuciły mi się w oczy kordonki i  zapoznałam się z aniołkiem :)


Potem rozpakowywałam wszystko po kolei.

Puszka, w której wylądowała karma dla ptaków (zgodnie z obrazkiem). Wygląda, jakby ją obsypał śnieg (ten co mi sypie za oknem)


Ozdobne zawieszki (na razie wiszą na karniszu)


Gwiazdka


Coś dla ciała czyli dżem brzoskwiniowy i lawenda z miodem (i bardzo smaczna czekolada :) ). W tle komplet serwetek... i zobaczcie jaka śliczna buteleczka!



Śiecznik, który natychmiast został wykorzystany (był wyposażony w komplet pachnących tealightów). Dopasował się do podstawki z drewna, którą zrobił kiedyś syn naszych przyjaciół.

 Śliczne bransoletki, które już noszę po kolei: śliwkowa, szara z matowymi czarnymi koralami i szmaragdowozielona. Z kamieni (choć nie wiem jak się nazywają)


Rewelacyjny chustecznik z fioletowymi kwiatkami (barwinek?) i motylami (przysiadły na chwilę?) . Już jest wykorzystywany :)


 
I coś, co wyjęłam jako ostatnie: śliczny różaniec z granantowych hematytów w czerwonej torebeczce. Bardzo poręczny.


 Mam nadzieję, że niczego nie zgubiłam :). Dziękowałąm już prywatnie, a teraz dziękuję publicznie: Małgosiu, zrobiłaś mi fantastyczną niespodziankę!


A, że to zabawa "podaj dalej" to zapraszam, jeśli ktoś chciałby dołączyć.
Zatem w komentarzach czekam na  jedną/dwie osoby  chętne do poprowadzenia zabawy u siebie, kiedy otrzymają paczkę ode mnie. Na wysłanie paczki z niespodzianką mam rok czasu. :)
Wysyłka jest na terenie Polski.